niedziela, 20 listopada 2016

Rozdział II Wybór

 — Następna!
 Kobieta w białym fartuchu nakłuwa mi palec i przyciska go do kartki. Potem bierze coś w rodzaju dziwnego pilota do telewizora i przykłada go do ciemnoczerwonej plamki mojej krwi. Na wyświetlaczu pilota pojawiają się napisy “Glimmer Austen. 16. Kobieta”. I oni to wszystko wyczytali z maleńkiej kropli mojej krwi? Kobieta pokazuje mi sektor dla szesnastolatek. Niepotrzebnie. Chodzę tu co roku od czterech lat. Wiem, gdzie mam stanąć.
 Przepycham się przez ludzi i staję na swoim miejscu, pomiędzy Shine i Emerald. Znam je ze szkoły. Shine miota nożami, jakby ćwiczyła to przez całe życie, a Emerald chyba urodziła się z włócznią w ręce. Kiwnęłyśmy sobie lekko głowami na przywitanie. Emerald zaczęła cicho rozmawiać ze swoją sąsiadką, a Shine zwróciła się do mnie.
 — Hej, Glimmer — zaczęła. — Ciekawe kogo wybiorą, prawda?
 — Mhm — mruknęłam. Nie bardzo mnie to obchodziło. Chciałam już tylko wrócić do domu i razem z Hansem iść nad jezioro, zajadając rogaliki z czekoladą.
 Plac przed Pałacem Sprawiedliwości powoli się zapełnia. Ludzie odprowadzają swoje małe, zapłakane dzieci lub życzą powodzenia swoim wyszkolonym, starszym pociechom. Na scenie przed Pałacem stoi dziesięć foteli. Po jednym dla burmistrza i opiekunki oraz osiem dla zwycięzców z naszego Dystryktu, którzy jeszcze żyją. Trzy z nich są już zajęte. Zauważam Amy Jeweller, która wygrała 60 Igrzyska i Toma Illy’ego, który zwyciężył podczas 54 Igrzysk. Najbliżej sceny siedzi Silver Grant - tegoroczna mentorka. Wygrała Igrzyska pięć lat temu. Jej zmagania na arenie trwały sześć dni. Wybiła wszystkich co do nogi. Była najlepsza. Ja będę lepsza. Jeśli mnie wylosują.
 Wyszukuję w tłumie osiemnastolatek Aishę. Po wypadku nie pozostał ślad. Przynajmniej fizyczny. Psychicznie zawsze będzie upośledzona. Nie wie, po co tu jest. Dla niej to zabawa. Uśmiecham się do niej, a ona macha mi wesoło ręką.
 W sektorze dla chłopców znajduję Hansa. Patrzy prosto na mnie. Posyłam mu całusa, a on mruga do mnie, po czym szybko się odwraca. Uśmiecham się ciągle, patrząc ,jak na podium wchodzą kolejni zwycięzcy.
 W końcu na Plac docierają wszyscy uczestnicy Dożynek oraz cała obsada zwycięzców. Na scenę wchodzą burmistrz Cere oraz Taia Humran, która w tym roku ma na sobie ohydny, pomarańczowo-zielony kombinezon, który aż razi w oczy.
 Taia siada na jednym z foteli, a burmistrz Cere podchodzi do mikrofonu i zaczyna nas witać. Opowiada o Igrzyskach, a potem odczytuje traktat o zdradzie. Słyszałam to już tyle razy, że mam ochotę zasnąć na stojąco.
 W końcu Cere oddaje głos Tai, która podchodzi do mikrofonu, balansując na bardzo wysokich szpilkach.  Odchrząkuje i zaczyna:
 — Witajcie!
 Odpowiada jej cisza. Wszyscy patrzą na nią spode łba. Jedynie tych kilka osób, które chcą się zgłosić, patrzy na nią z uwagą.
 — Witajcie! — powtarza, poprawiając perukę. — Wesołych Głodowych Igrzysk i niech los zawsze wam sprzyja! Nie przedłużając - zaczynamy losowanie! Oczywiście panie mają pierwszeństwo!
 Taia podchodzi do szklanej kuli wypełnionej nazwiskami dziewcząt, biorących udział w Dożynkach. Zanurza w niej rękę i zaczyna przebierać w karteczkach. Trwa to tylko kilka sekund, ale dla mnie to wieczność. W końcu opiekunka wyciąga jedną karteczkę i podchodzi do mównicy, rozwijając ją.
 To nie ja, to nie ja, powtarzam w myślach, zaciskając pięści.
 — Zaszczytu reprezentowania Dystryktu Pierwszego w tegorocznych Głodowych Igrzyskach  dostąpi… — Taia zrobiła dramatyczną przerwę, obrzucając  wszystkich zebranych spojrzeniem. — Aisha Gell!
 Zamieram. Nie. To przecież niemożliwe. Oni nie mogą tego zrobić! Ona nie może tam iść! To przecież nie fair! Nogi odmówiły mi posłuszeństwa, więc oparłam się o Shine, oddychając ciężko.
 — Ej, wszystko dobrze? — zapytała dziewczyna.
 Rozejrzałam się. Aisha weszła na podest, uśmiechnięta szeroko. Wygląda jak zabójczyni. Profesjonalna. Do tego ma osiemnaście lat. Proszę, niech ktoś się zgłosi. Proszę.
 Ale nikt tego nie zrobił. Wszyscy byli cicho. Kiedy Taia zapytała o ochotników nikt jej nie odpowiada. Czułam ucisk w gardle. Nie mogłam na to pozwolić.
 — A więc pora na pa… — zaczęła Taia, ale przerwałam jej wrzeszcząc:
 — Zgłaszam się! Zgłaszam się na ochotnika!
 Wszyscy popatrzyli na mnie zdziwieni. Shine wyglądała na oszołomioną. Taia mrugnęła zaskoczona, a potem odchrząknęła i uśmiechnęła się.
 — Mamy ochotniczkę! — krzyknęła. — Brawo! Chodź do nas, kwiatuszku!
 Nie musiałam się przepychać. Tłum rozstąpił się, tworząc mi przejście do sceny. Serce biło mi tak mocno, że dziwiłam się, czemu jeszcze nikt tego nie usłyszał. Stanęłam na estradzie koło Tai i wymieniłam uścisk dłoni z Aishą. Dziewczyna wyglądała na zaskoczoną i nie chciała zejść ze sceny.
 — Glimmer, ale to przecież tylko zabawa — zapewniła mnie, chichocząc. — Dadzą mi cukierki!
 — Aisha, zejdź ze sceny, proszę cię — powiedziałam cicho.
 Taia wyglądała na szczerze zaskoczoną. Z ciekawością przysłuchiwała się naszej wymianie zdań.
 — Nie, ja chcę cukierki! — Aisha tupnęła nogą w scenę.
 — Jak pójdziesz teraz do rodziców, dostaniesz cały worek — powiedziałam szybko, bo kątem okaz zauważyłam, jak Strażnicy Pokoju idą w nasza stronę. Chcieli ją odciągnąć siłą.
 Aisha w końcu zeszła ze sceny. Podeszłam do Tai i stanęłam koło niej. Spojrzałam na Hansa. Patrzył na mnie z determinacją. Wiedziałam, że się zgłosi. Będzie chciał mnie bronić. A potem obydwoje zginiemy.
 — Jak się nazywasz, kwiatuszku? — spytała Taia.
 Na pewno nie kwiatuszek pomyślałam.
 — Glimmer Austen — odpowiedziałam stanowczo. Niech wszyscy widzą, że byłam pewna mojej decyzji. Jeśli byłam.
 — Brawa dla naszej tegorocznej trybutki, Glimmer Austen! — krzyknęła Taia. Rozległy się oklaski.
 Uśmiechnęłam się i pomachałam do tłumu, jednocześnie kręcąc głową w stronę Hansa. Nie może się zgłosić. Po prostu nie może.
 — Pora na panów! — zaszczebiotała Taia i podeszła do kuli z nazwiskami chłopców. Hans wyprostował się i uniósł głowę. Chciał wyglądać na pewnego siebie. Tak jak nas uczyli.
 Taia podeszła do mównicy i rozwinęła skrawek papieru.
 — W siedemdziesiątą czwartą rocznicę Mrocznych Dni na Igrzyska pojedzie… — Znowu ta dramatyczna przerwa. — Hans Drifted!
 Czułam jak uchodzi ze mnie powietrze. Hans wydawał się być zadowolony. Torował sobie drogę przez morze nastolatków, przyjmując pochwały i poklepywania po plecach. Nie wiedziałam co zrobić z rękami. Miałam łzy w oczach. W końcu nie wytrzymałam i krzyknęłam:
 — Niech ktoś się zgłosi! Ktokolwiek!
 Nie sądziłam, że to coś pomoże. Aż nagle stał się cud…
 — Zgłaszam się na trybuta! — krzyknął ktoś z tłumu.
 Miałam ochotę skakać i tańczyć. Hans wyglądał na bardzo złego. Wszyscy obecni na placu odwrócili się w stronę osoby, która zgłosiła się na ochotnika. Ja też na nią spojrzałam.
 To był Marvel Doushot.
 Wydychałam powoli powietrze, próbując się uspokoić. Marvel wszedł po schodkach i stanął po drugiej stronie Tai. Wyglądał na zadowolonego z siebie. Opiekunka była bardzo rozpromieniona. Dwóch ochotników to rzadki przypadek nawet tu, w Jedynce.
 — Jak się nazywasz, kwiatuszku? — zapytała Taia.
 — Marvel Doushot — odpowiedział chłopak, spoglądając na mnie.
 — Brawa dla naszych tegorocznych trybutów! — zapiszczała Taia. — Glimmer Austen i Marvela Doushota!
 Ludzie krzyczeli i wiwatowali. Podaliśmy sobie z Marvelem dłonie, a potem Taia wprowadziła nas do Pałacu Sprawiedliwości. Masywne, mahoniowe drzwi zatrzasnęły się za nami z hukiem.

__________________________________________ 
Jeśli znajdziecie jakieś błędy, proszę piszcie mi o nich.

Pomyślnych Igrzysk i niech los zawsze Wam sprzyja!

Rozdział I Cisza przed burzą

 — Glimm, wstawaj.
 Mama rozsunęła zasłony w oknie. Światło słoneczne oślepiło mnie na chwilę. Mruknęłam coś o pięciu minutach i zakryłam twarz kołdrą. Tak bardzo nie chciało mi się wstawać.
 — Glimmer! — Mama stanęła koło mojego łóżka i oparła dłonie na biodrach, obrzucając mnie groźnym spojrzeniem. — Wstawaj natychmiast! Dzisiaj są Dożynki i nie możesz się spóźnić! Przygotowałam ci już tę zieloną sukienkę i baletki. Za dziesięć minut widzę cię na śniadaniu!
 Mama wyszła, a ja odrzuciłam kołdrę, przecierając oczy dłońmi. Przeciągnęłam się i wstałam. O, oczywiście - Dożynki. Jaki byłby inny powód budzenia mnie tak wcześnie w niedzielę?
 Dożynki w naszym Dystrykcie były traktowane jak swego rodzaju święto, a dla niektórych były pokazem mody. Wiele razy widziałam kobiety tak wystrojone, że pomyliłam je z Taią Hurman, opiekunką naszego Dystryktu. Swoją drogą ciekawe jak Taia będzie prezentować się w tym roku. Rok temu ogromna, zielona peruka prawie spadła jej z głowy, kiedy schylała się po karteczkę z imieniem trybuta.
 Nie martwiłam się Dożynkami. Miałam szesnaście lat. Gdyby mnie wylosowano, znalazłby się tłum krępych osiemnastolatek, czekających całe życie na swoją szansę na Igrzyskach. Nie śpieszyło mi się na arenę. Może kiedyś, gdy będę miała osiemnaście lat, zgłoszę się za jakąś roztrzęsioną dwunastolatkę?
 — Glimmer! — krzyknęła z dołu mama. — Ile razy mam cię budzić?
 — Już idę! — odkrzyknęłam i udałam się do łazienki.
 Stałam pod prysznicem kilka dobrych minut, wcierając płyn w skórę i myjąc włosy. Zawsze odprężałam się podczas kąpieli. Był to pewny rodzaj ucieczki. Zamykałam szklane drzwi kabiny i miałam czas dla siebie.
 Gdy rozczesywałam moje jasne, długie włosy, do pokoju weszła mama. Miała w ręku moje ubranie na Dożynki. Położyła je na szafce i chwyciła w rękę moją szczotkę. Dokończyła rozczesywać moje włosy, a potem zaplotła z nich piękny warkocz-koronę. Obróciłam się i przejrzałam w lustrze z każdej strony.
 — Ubrać się chyba umiesz sama. — Mama mrugnęła do mnie i pocałowała mnie w czoło.
 Uśmiechnęłam się i wciągnęłam na siebie butelkowo zieloną sukienkę. Na nogi włożyłam balerinki w tym samym kolorze. Obróciłam się, wprawiając sukienkę w ruch. Wyglądałam nawet ładnie. Usiadłam przed lustrem i zaczęłam zabawę z cieniami, pudrami i różami. Musiałam wyglądać perfekcyjnie. Gdy podkręcałam rzęsy zalotką, mama znowu zajrzała do łazienki.
 — Kochanie, Hans do ciebie przyszedł — oznajmiła z uśmiechem. — Czeka w kuchni. Jak skończysz się szykować, przyjdź do nas na dół na śniadanie.
 Kiwnęłam głową i szybko pociągnęłam usta jasnoróżową pomadką. Wygładziłam sukienkę i zbiegłam na dół.
 Hans siedział przy stole koło mojego taty z kubkiem herbaty w ręku. Gawędzili ze sobą uśmiechnięci, zajadając się naleśnikami mojej mamy. Zawsze w dniu Dożynek robiła naleśniki.
 — Hans! — zawołałam i pocałowałam chłopaka w policzek. — Jak miło, że wpadłeś! — Usiadłam koło niego, a mama nałożyła mi naleśników.
 Hans uśmiechnął się lekko i upił łyk herbaty.
 — Musiałem przyjść — powiedział. — Moja mama chciała oddać twojej szczotkę, którą u nas zostawiłaś. Twoja mama była na tyle miła, że zaprosiła mnie na śniadanie.
 Faktycznie. Kilka dni temu zostawiłam u Hansa szczotkę. Mam ich w domu tyle, że nawet nie zauważyłam.
 — Och, to drobiazg — rzekła mama. — Zawsze jesteś u nas mile widziany, Hans.
 — Dziękuję, pani Austen.
 Zaczęłam jeść naleśniki, rozkoszując się ich przepysznym smakiem. Moja mama ma talent do gotowania, nie ma co. Kończyłam właśnie drugiego naleśnika, kiedy mój tata oświadczył, że musi wychodzić. Pocałował mamę w policzek, uścisnął dłoń Hansowi, a potem mocno mnie przytulił.
 — Powodzenia — szepnął mi do ucha, a potem dodał głośno: — I niech los zawsze wam sprzyja!
 Tata wyszedł, a mama udała się do swojego pokoju by przygotować się na Dożynki. Zostałam sama z Hansem. Otarłam usta serwetką.
 — Boisz się? — zapytał.
 — Niby czego? — odpowiedziałam pytaniem. — Nawet jeśli mnie wylosują, ktoś na pewno się za mnie zgłosi. Jedyne co mnie martwi to ty.
 — Ja? — zdziwił się. — Czemu ja?
 — Boję się, że się zgłosisz — wyznałam zgodnie z prawdą. Nie bałam się o siebie, tylko o Hansa. — Albo że cię wylosują, ale nikt się za ciebie nie zgłosi, bo masz już osiemnaście lat.
 — Nie zgłoszę się — obiecał. — Chyba, że wylosują ciebie.
 — Ani mi się waż! — Pogroziłam mu palcem. — Jeśli wyjedziemy razem…
 Nie musiałam kończyć. Jeśli pojechalibyśmy razem, tylko jedno z nas mogłoby wrócić. Ja albo Hans. Hans albo ja. Nie moglibyśmy być dalej razem. Takie były zasady Igrzysk.
 — Nie wyjedziemy razem! — Hans chwycił moją dłoń. — Ty się nie zgłosisz i ja się nie zgłoszę. Obiecuję.



 — Już czas — powiedziała mama, stając w drzwiach do mojego pokoju.
 Podniosłam się z krzesła. Ręce mi się trzęsły. Powtarzałam sobie w głowie, że nie mam się czego bać, ale i tak byłam przerażona. Przecież mnie nie wybiorą. A nawet jeśli to na pewno ktoś się zgłosi. A jeśli nie to wtedy wygram te Igrzyska i wrócę do domu. Zacisnęłam pięści. Mama podeszła do mnie.
 — Glimm, wszystko okej? — zapytała, marszcząc czoło.
 — Tak — odpowiedziałam cicho. — Wszystko dobrze.
 Mama objęła mnie mocno, a ja wtuliłam się w nią jak pięciolatka. Co jeśli to będzie ostatni raz, kiedy ją przytulę?
 — Nie chcę cię stracić, Glimmer — wyszeptała.
 — Nie stracisz mnie — zapewniłam ją. — Nie stracisz.

_______________________________________________
Kolejny poprawiony rozdział. Im dalej zagłębiam się w to, co pisałam ponad rok temu, tym bardziej chce mi się płakać.

Pomyślnych Igrzysk i niech los zawsze Wam sprzyja!